Krótka historia pierwszego rejsu

Czas kontynuować historię od której to wszystko się zaczęło…

14lutego o godzinie 4.00 zadzwonił budzik, otworzyłem oczy czując niesamowite podniecenie,zachwyt jak i przebijający się przez to wszystko niepokój – to już dzisiaj, za dwie godziny mam samolot do którego wsiadając pożegnam się z domem,rodzina,przyjaciółmi na najbliższe pół roku.

Na lotnisko zawiózł mnie tata – po krótkim pożegnaniu,odprawie siedziałem juz w samolocie do Warszawy skąd po 3godzinach miałem odlecieć do Barcelony, gdzie miał czekać już agent który zapewni transport na statek – 200metrowy Bulk Carrier o wdzięcznej nazwie Federal Leda (wpiszcie w google na pewno chetnie obejrzycie zdjęcia tego pięknego masowca).

    Kiedy doleciałem do Barcelony (a był o moj pierwszy wyjazd zagraniczny) wiedziałem już że nie ma odwrotu i czas zmierzyć się z tym co mnie czeka i z życiem które sobie wybrałem. Agent poinformował mnie,że statek stoi na redzie portu i dostanę się na niego motorówką – pomyślałem – “super! Kolejna atrakcja!”…nie wiedziałem tylko, ze na statek będę musiał się wdrapać 20metrów do góry po latającej na każdą stronę drabince tak zwanej monkey ladder – niestety nigdy nie należałem do najodważniejszych osób na wysokościach więc wspinaczka zajęła mi trochę czasu ale ze względu na to że byłem bardzo zmotywowany żeby się pokazać wstydu nie było ;) Została przydzielona mi kabina na pokładzie załogowym, rozpakowałem sie, przygotowałem koje i nie mogąc uwierzyc w to że wreszcie ruszam w tą wielką podróż położyłem się spać.Zaloga statku mieszana od filipińskiego pokładu czyli załogi szeregowej po polska część oficerska w maszynie i na mostku (w dalszym ciągu mam jedno i to samo przekonane o filipinczykac – ciągle słyszane “my friend” ale jest to nacja kombinatorów i leni którym nigdy nie można w 100% zaufać) Do portu w Barcelonie weszliśmy o godzinie 7 rano, usłyszałem potężny ryk klap hydraulicznych które otworzyły się nadzwyczaj szybko a pomiędzy nie wsunely sie rury przez które po chwili zaczęło lecieć zboże – i tak na okrągło przez dwa dni aż załadowaliśmy się do pełna. Po 3 dniach wykonywania przydzielonych mi zadań, załadunku, zaprowiantowaniu byliśmy gotowi do drogi – do portu którego nazwy nie pamiętam ale znajdował się on na wielkich jeziorach oddzielających USA od Kanady. Pewnie w tym miejscu myślicie co za szczęściarz od razu do Stanów i do Kanady…ale przed portem była jeszcze podróż przez Atlantyk zimową porą…pierwsze kilka dni minęło spokojnie, zajmowałem się głównie malowaniem,stukaniem rdzy i sprzątaniem – jak to na kadeta przystało . Po tygodniu podróży powoli zaczynał wzmagać się wiatr…20wezlow,30wezlow,40wezlow,50wezlow…70wezlow a może nawet i więcej! Fale osiągały 20metrow wysokości a ja właśnie wtedy zdałem sobie sprawe,ze cierpię na chorobę morska! To było najgorsze dwa tygodnie w moim życiu..ciągły sztorm,kolysanie, brak snu,wymioty – ale pracowalem dzielnie! Wtedy wiedziałem już , że trzeba będzie pokonać wiele przeciwności losu, utrudnień w życiu żeby doczekać się spokojnej emerytury.

Kolejne kursy jakie zrobiliśmy to Kanada-USA, USA-Rumunia, Rumunia -Kanada , Kanada-Rumunia i z Rumuni do USA a dokładniej Nowy Orlean..to było już około 5,5miesiaca mojego pobytu poza domem.Kazdy dzien zaczynal sie tak samo i tak samo konczyl : sniadanie o 7, młotek w rękę i dłubanie rdzy do 17, później kolacja a po niej..szybkie malowanie tego co się wydlubalo żeby do 20 skończyć i znaleźć się w lozku, zmęczenie,monotonia bywa przytłaczająca a najbardziej dokuczały mi już po rozpoczęciu 5miesiaca.

Kontaktowałem się z domem poprzez maila który wysyłany był i odbierany raz dziennie …nie muszę chyba mówić jak mało wiedziałem co się działo w domu, w kraju..a mój związek..co tu wiele mówić ja zaczynałem odkrywać świat ona czekala, ja rozwijalem się ona czekala, ja kiedy wracałem do domu…dowiedziałem się,że..zresztą pewnie się domyślacie – tego się nie wybacza.

Kiedy doplywalismy do Nowego Orleanu poprosiłem kapitana o zorganizowanie powrotu dla mnie. Firma stanela na wysokości zadania i zdecydowała się wysłać mnie wraz z kucharzem i mechanikiem kolejnego dnia po zacumowaniu – boże co za podniecenie! I wróciłem..wiele się zmieniło, wiele znajomości pourywalo, dziewczyny brak ale przecież będzie następna. Czy jestem zadowolony z tego wyjazdu? Czy chcialbym go cofnąć , odpuścić ? Nie, uważam że mimo tego iż wiele rzeczy się pozmieniało przez te pół roku, wiele straciłem to wiele też zyskałem – na pewno poznałem czym jest ciezka praca , zmęczenie doprowadzające do łez, walka z choroba i zadowolenie kiedy się z nią wygra.

Hmm tak, właśnie ten rejs wspominam doskonale.

Wróciłem jakoś na początku sierpnia , czyli miesiąc przed rozpoczęciem kolejnego roku studiów – pierwsze poważne pieniądze , miesiąc wakacji, singiel…oj co to były za wakacje ;)

  3 comments for “Krótka historia pierwszego rejsu

  1. 7 lipca 2017 o 10:04

    Zasłużone wakacje po takiej szkole życia. Mnie właśnie zawsze najbardziej zastanawiała kwestia nudy na statkach. Przecież ona musi zabijać… Dla mnie nawet jeden dzień w domu podczas brzydkiej pogody i braku planów jest męczarnią, dosłownie z mózgu robi mi się papka…

    • Marcin
      12 lipca 2017 o 02:00

      Ja uwazam, że statek jest miejscem które może bardzo pomóc w rozwijaniu własnych pasji :) czas wolny można spokojnie przeznaczyć na to a w większości przypadków ciężko się tu nudzić…;)

  2. ~Justyna
    7 lipca 2017 o 11:27

    Wydaje się mi, że akurat na brak wyobraźni nie mogę narzekać, więc podejrzewam, że tamte wakacje musiały być bardzo udane i szalone:P. Jak człowiek zazna trochę życia, to chyba potem łatwiej mu docenić to co ma… Chociaż teraz pewnie Ci ciężej, gdy mały szkrab w domu. Z drugiej strony całkiem prawdopodobne, że jak podrośnie to będzie dumny z takiego taty i chętnie będzie słuchał historii z mórz i oceanów ;). Pozdrawiam ze stałego lądu ;).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *