Co port to zabawa i kobiety!

W każdym porcie inna DZiewczyna? Ile osób słyszało już ten utarty slogan dotyczący marynarzy? Jak to niby MY sobie nie żyjemy na całym świecie? Jak to się nie zabawiamy?

Oczywiście, nie myślcie sobie, że macie do czynienia ze świętoszkiem, który nigdy nic

nie nabroił. Może w tym miejscu zanim rozwinę się co do głównego tematu sprawy przytoczę swoją historię.

Jak już czytaliście (o ile czytaliście a mam taką nadzieję!) o mojej pierwszej podróży,pierwszym kontrakcie – Federal Leda – to wszystko stało się i tutaj. Po 4 miesięcznym spinaniu tyłka, żeby tylko pokazać się z jak najlepszej strony przed załogą i kapitanem wylądowaliśmy w Piombino – piękne małe miasteczko we Włoszech. Traf chciał,że od razu zacumowaliśmy bez zbędnego postoju na kotwicy co nieczęsto się zdarzało więc wszyscy żyliśmy przekonaniem,że nie nacieszymy się zbyt długim pobytem w porcie a w ciągu kilku dni ruszymy znów w morze. Jednak w momencie kiedy zaczynaliśmy otwierać ładownie okazało się,że port nie jest gotowy do załadunku! Mamy 4 dni zanim zabiorą się do roboty – ale jak to Włosi oni wcale się nie śpieszą – zajęło im to blisko dwa tygodnie. W tym właśnie porcie moje życie w trzeźwości dobiegło końca a to za sprawą osoby przed którą odpowiadałem-pierwszego oficera-najsympatyczniejszy człowiek z którym do tej pory miałem okazję pracować. Zeszliśmy ze statku około 11 dnia następnego z nikczemnym planem spacerowania,odwiedzenia pobliskiej plaży i powrotu na burtę na kolacje. Oczywiście jak możecie sobie wyobrazić dwóch facetów idących w miasto po 4 miesięcznej “orce” na statku – to mogło się skończyć tylko w jeden sposób. Dochodząc na plażę, widząc tych wszystkich turystów,piękne kobiety dopadło nas rozluźnienie i nim się spostrzegłem Rafał pędził już do mnie z miejscowo warzonym piwem – 35 stopni i delikatne 12% piwko brzmi świetnie prawda?

Już po pierwszym puściły wszelkie hamulce a zaczęła się całonocna zabawa podczas której zapomnieliśmy całkowicie o tym jak wrócić na statek! Szukając drogi do portu późną nocą, dopijając nasze “pyszne” piwka postanowiliśmy iść wzdłuż plaży – przecież w końcu musimy dojść – jednak kompletnie zapomnieliśmy o tym jak ukształtowane są tamtejsze rejony – górki, wzniesienia,spadki,doliny – i tak jak już pewnie większość z Was myśli spadliśmy lotem Adasia Małysza z kilkoma międzylądowaniami w krzakach przypominających róże z górki mającej około 100metrów. Kiedy doszliśmy do siebie zobaczyłem Rafała w podartych spodniach, koszulce z której został właściwie jeden rękaw, uśmiechającego się od ucha do ucha i unoszącego w geście triumfu siatkę z ostatnimi dwoma piwami. Ja nie wyglądałam lepiej, ubranie do wyrzucenia ale nie przejmowaliśmy się tym wtedy,poczuliśmy wolność, relaks, to,że nikt nas w tym momencie nie kontroluje – wspaniałe uczucie które szybko dobiegło końca bo trzeba było już poważnie wracać na burtę aby chociaż chwilę przespać się przed obowiązkami w ciągu dnia. Po chwili udało nam się dotrzeć na plac główny w miasteczku, kiedy turyści i okoliczni mieszkańcy zobaczyli nas i to w jakim stanie jesteśmy zadzwonili po policję i ambulans…jakby tego było mało i jakbyśmy potrzebowali jeszcze takiego rozgłosu-a nam przecież poza kilkoma siniakami i otarciami nic nie było!! Wyobraźcie sobie teraz minę kapitana,który musiał odbierać dwóch swoich załogantów (jednego,który jest pierwszy raz na statku i drugiego,który powinien dawać mu przykład) spod statku pod który dowiezieni zostaliśmy niczym ważne persony – KARETKĄ otoczoną dwoma wozami policyjnymi :) Mi udało się jakoś unikać kapitana przez kolejny miesiąc aż sprawa poszła w zapomnienie ale Rafał…no tak zapomniałem Wam powiedzieć, on tego dnia wracał do domu…znaczy miał wrócić, nie udało mu się wstać na samolot ;)

Tak zakończę tą historię a powiem kilka słów na temat,który poruszyłem w pierwszych dwóch zdaniach.

Kobieciarze,alkoholicy,narkomani – tak bardzo często przedstawiani są marynarze w

wielu artykułach,książkach czy historiach marynistycznych. Czy jest to prawda? Czy faktycznie aż tak potrafimy sobie pożyć?

Również na pierwszym statku podczas 2 tygodniowego postoju w Rumuni poznałem młoda,piękna dziewczynę która świadczyła swoje usługi w porcie. Weszła do nas na statek i namawiała każdego po kolei aby udał się z nią do kabiny – koszt to 20 dolarów – tyle ile zapłaciła za wejście do portu przekupnym strażnikom. Nikt nie był zainteresowany jej usługami a w związku z tym,że byliśmy jedynym statkiem zagranicznym w porcie zapytała czy może ze mną chwilę posiedzieć (miałem wachtę przy trapie,było -10stopni),nie potrafiąc odmówić zgodziłem się na to,zrobiłem herbatę i tak siedzieliśmy 6 godzin rozmawiając o życiu,o tym co ja do tego skłoniło i słuchałem historii które mi opowiadała. Opowiedziała mi historię o swojej rodzinie,o ucieczce z domu,braku zatrudnienia i możliwości zawodowych,biedzie w Rumuni oraz tym jak to trafiła na arabski statek, gdzie została uwięziona i gdyby nie przypadkowa kontrola coast guardu pewnie do domu by nie wróciła. Tak spędziliśmy wieczór w wieczór wspólnie przy trapie przez dwa tygodnie,wracała każdego wieczoru nie po to żeby zarobić ale żeby z kimś po prostu napić się po ludzku herbaty i normalnie porozmawiać. Dzień przed wypłynięciem postanowiłem pomóc dziewczynie, zarabiałem wtedy około 550 euro miesięcznie plus 150-180 dolarów za mycie ładowni po każdym rozładunku. Pieniądze z wypłaty trafiały na konto,a za mycie do portfela. Uzbierałem ze swoich około 350 dolarów, załoga po przedstawieniu im sprawy dorzuciła drugie tyle i kiedy przyszła się pożegnać dałem jej tą kopertę prosząc ją aby zmieniła swoje życie i spróbowała to jakoś poukładać na nowo-tak też mi obiecała. Nigdy nie widziałem tak szczęśliwej kobiety,wiedziałem,że zrobi z tych z pieniążków pożytek i nie zostały one przeze mnie “wyrzucone w błoto”.Takich na świecie są setki tysięcy i uważam,że nikt nie ma prawa ich wykorzystywać a trzeba im pomagać. Do tej pory jak to wspominam jestem bardzo ciekaw,gdzie teraz jest,czy udało jej się uciec od tego życia,jak sobie radzi.

Opisałem swoją historię tu nie po to,żeby pokazać Wam jaki to że mnie szalony rozbójnik ale po to,żebyście zdali sobie sprawę,że jesteśmy ludźmi i jak każdy potrzebujemy czasem trochę luzu to nigdy,NIGDY nie spotkałem się na żadnym statku z przejawami alkoholizmu,nie widziałem sprowadzanych kobiet do kabin czy nie słyszałem o żadnych narkotykach.

Myślę też,że przedstawianie NAS w taki sposób dla większości jest krzywdzące (znajdą się przecież zawsze jakieś rodzynki) i my naprawdę jedziemy ciężko pracować,żeby zapewnić byt rodzinie a nie po to żeby się na każdym kroku zabawiać.

Również czasy w których przyszło nam pracować na morzu nie są dobrym momentem na takie zabawy bo zwyczajnie nie ma na to czasu – armatorzy eksploatuja statki oraz załogi w 150% procentach i dominuje praca “na akord” – teraz nie liczy się już czynnik ludzi oraz zadowolenie załogi a dolar,dolce i….WIĘCEJ DOLARÓW.  My mamy być jak maszyny zaprogramowane na pracę a nie jak ludzie pracujący i czerpiący z pracy przyjemność.

Pisząc ten post wypełniam właśnie papiery związane z dzisiejszymi operacjami i mam nadzieję,że trzyma się to wszystko “kupy” i da się to przeczytać ;)

  2 comments for “Co port to zabawa i kobiety!

  1. ~Justyna
    16 lipca 2017 o 15:20

    Ja tam uważam, że bardzo ciekawie piszesz:). Myślę, że pełno jest stereotypów w różnych zawodach. Prawda jest taka, że każdy jest inny i nie warto wrzucać wszystkich do jednego wora i oceniać pochopnie. Ciekawa jestem, czy rzeczywiście tej kobiecie udało się odmienić swoje życie. Bo często bywa tak, że jednak nasze założenia i plany biorą w łeb. Szkoda, że wszyscy tak gonią za monetą (to już odnośnie pracy). Tylko czy nie jest tak od zawsze? Zawsze chce się więcej i więcej, bo łatwo jest się przyzwyczaić do wygody i tego, co dobre.

  2. 16 lipca 2017 o 21:40

    Historia z eskortą policyjną z karetce świetna :D Conajmniej kilka dobrych lat opowiadania i wspominania :)
    Ludzie może mylą Was z piratami, stąd te stereotypy :P

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *